joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
środa, 06 czerwca 2007
Tybet






Kathmandu


W Kathmandu odpoczywam, a raczej absolutnie się lenię. Rower całuję w kierownicę na pożegnanie i sprzedaję w sklepie z używanymi rowerami. Może ktoś go kupi i pojedzie z Nepalu do Tybetu?
"Moje wszelkie wyobrażenia o Kathmandu legły w gruzach" mówi mi Udo, starszy pan z walizką, który przejechał Tybet na składaku. "Czytałem o tym mieście jako bazie himalaistów, wydawało mi się, że to miasto otoczone wysokimi górami, miejsce o surowym klimacie. Tymczasem jest tu gorąco, tłoczno, hałaśliwie, gór prawie nie widać." Chowamy się przed słońcem w małej kawiarni, pijemy włoską kawę. Ja też nie czuję atmosfery górskich wypraw. Ale też teraz kończy się sezon trekkingowy. Zbliża się monsun. Teraz Kathmandu to trochę miejsce przejazdowe. Zatrzymują się tu ci, którzy wracają z Chin albo ci, którzy uciekają przed upałami z Indii. Wiele osób czeka na jakieś wizy albo na swój samolot do domu.
Spotykam różnych znajomych, których poznałam gdzieś w trakcie podróży. Większość z nas podróżuje już parę miesięcy. To chyba jakiś moment krytyczny. Po paru miesiącach podróż przestaje być przedłużonymi wakacjami. Staje się codziennością. Przychodzi też zmęczenie zwiedzaniem, spaniem ciągle w innym miejscu. Zaczyna się tęsknota za domem. Zdaje sobie też sprawę, że nie zobaczę wszystkiego, co chciałam. Że nigdy nie zobaczę wszystkiego, co bym chciała. I że nie ma co się spieszyć. W Kathmandu nie mam ochoty zwiedzać. Więc nie zwiedzam. Może lepiej odłożyć to na następny raz, o ile będę miała okazję, niż zniechęcić się do tego miejsca. Zresztą, podróżowanie to nie tylko zwiedzanie.
Lenimy się więc wspólnie, w parę osób. Spotykamy się wieczorami, kiedy upał przestaje być tak uciążliwy, na dachu jednego z hoteli. Sączymy nepalskie wino, gapimy się w gwiazdy.


czwartek, 31 maja 2007
i jeszcze parę zdjęć spod Everestu



w okolicach Everest Base Camp, widok na Czomolungmę


droga do bazy


droga do bazy (długa i kręta)


baza himalaistów



wtorek, 29 maja 2007
droga do Kathmandu


Z Tingri jadę dalej na południe, w stronę Nepalu. Po drodze spotykam innych cyklistów. Z parą Amerykanów jedziemy kawałek razem i wspólnie rozbijamy namioty. Opowiadają o swoich podróżach. Zjeździli na rowerach cały świat. Ich najdłuższa trasa, dookoła świata, zajęła im prawie trzy lata. Oprócz tego objechali dookoła Australię, Amerykę Południową, Afrykę, przejechali Tybet, Alaskę i większość najtrudniejszych dróg świata. W okolicach Tingri spotkałam dwóch Francuzów. Jeżdżą na rowerach po wszystkich kontynentach po kolei, a przy okazji wchodzą na najwyższy szczyt tego kontynentu. Azja to ich ostatni etap. Teraz jadą pod Czomolungmę i będą starali się tam wspiąć.
Razem z dwunastoosobową grupą włoskich cyklistów, jedzie sześć osób wspomagających zespół: kierowca jeepa, który jedzie przed rowerzystami, kierowca ciężarówki, która wiezie bagaże, albo też i samych rowerzystów jeśli już nie mają siły, pan, który rozstawia namioty, tłumacz, lekarz, i co najważniejsze, kucharz. Spotykam ich kiedy właśnie kończą jazdę tego dnia. Czekają na nich rozstawione namioty i gotujące się już spaghetti. Chociaż korzystają z pomocy kilku osób i czasami podjeżdżają ciężarówką, ich wyjazd rowerowy z Lhasy do Kathmandu to wyczyn, wszyscy mają ponad 60 lat, a większość jest po 70-tce.
Największym wyczynem dla mnie jest jednak podróż Udo. Z Udo spotkaliśmy się w Tingri i przegadaliśmy pół nocy. Udo, Niemiec w podeszłym wieku z bujną, siwą czupryną, przyjechał w kilkumiesięczną podróż do Azji. Miał jedną, spora walizkę, koszule w kratkę i kapelusz. Chciał pojechać do Tybetu, ale nie miał pieniędzy na wycieczkę jeepem. W Chinach kupił malutki, składany rower. Walizkę przywiązał do bagażnika sznurkiem, i w koszuli w kratkę i kapeluszu na głowie przejechał na tym składaku Tybet.
Spotykając miejscowych ludzi, turystów, cyklistów, wariatów jadę na południe. Droga najpierw wiedzie jeszcze przez puste, tybetańskie wzgórza. Po przekroczeniu ostatnich dwóch przełęczy ponad 5 tys. m n.p.m. krajobraz zaczyna się zmieniać. Jadę ostro w dół, a przy drodze zaczyna pojawiać się coraz więcej krzewów, kwiatów. Kiedy wdrapywałam się na Wyżynę Tybetańską od strony północnej, wszystko zmieniało się powoli. Coraz wyższe góry, coraz surowszy klimat, coraz mniej roślinności, to zajmowało wiele dni, żeby zauważyć subtelne różnice. Tutaj, od strony południowej, Himalaje po prostu urywają się. W ciągu jednego, dwóch dni, dostaję się do zupełnie innego świata. Z surowych, gołych pagórów, zjeżdżam do bujnej dżungli pośród potrzaskanych skał. Droga wije się pośród przepaści, wąwozów. Na drogę spadają wodospady, kamienie z pionowych ścian. Przede mną przebiegają małpy, nade mną egzotyczne ptaki.
Zjeżdżam kilka tysięcy metrów w dół i dostaję niesamowitego przypływu energii. A może to nie o wysokość chodziło, a o las, którego nie widziałam tyle czasu, o zapachy, kwiaty, słońce. To była piękna droga, może najpiękniejsza, jaką przejechałam.

Zepsuł mi się aparat. Robię więc zdjęcia w głowie.
Pstryk Na tle jaskrawo zielonej dżungli stoją dwie małe dziewczynki. Jedna w czerwonej sukience, druga w żółto-pomarańczowej. Obydwie śmieją się, jedna z nich trzyma złożone dłonie. Kiedy przejeżdżam obok nich, dziewczynka w czerwonej sukience wypuszcza z dłoni wielkiego czarno-różowego motyla.
Pstryk Nad drogą zbudowany jest niewielki daszek, żeby wodospad nie przecinał drogi. Na daszku stoi trzech chłopców rozebranych do majtek. Kąpią się, jakby to był najzwyklejszy prysznic. Namydlają swoją ciemną, błyszczącą skórę, ochlapują się.
Pstryk Niemożliwie strome, dżunglowe stoki są przerzedzone miejscami tarasami, na których coś się uprawia. Im niższe tarasy, tym bardziej czerwona jest na nich ziemia, podkolorowana dodatkowo zachodzącym właśnie słońcem. Na jednym z tarasów przechodzi bosa kobieta z kolorową parasolką, chroniącą ją od mocnego światła.



poniedziałek, 28 maja 2007
Na rowerze pod ścianę Everestu





Początkowo miałam zakończyć wycieczkę rowerową w Lhasie, ale po kilku dniach odpoczynku w mieście, stwierdziłam, że chcę jechać dalej. Dodatkowo dostałam mejla od jednego z czytelników bloga - Pita, że droga z Tybetu do Nepalu jest piękna. Z Lhasy jadę więc jeepem do Tingri, żeby nie pedałować drugi raz po tej samej drodze. Z Tingri, już na rowerze, jadę do "Everest Base Camp" (na wysokości około 5,2 tys. m n.p.m.), czyli miejsca, z którego himalaiści zaczynają wędrówkę na szczyt świata.
Można tam dojechać jeepem, jednak ta trasa była dla mnie jednym z trudniejszych odcinków do przejechania na rowerze. Silny wiatr w twarz, wiejący z wysokich gór, kręta, stroma droga, piaszczysta albo kamienista, czasami zamieniająca się w strumień (na zdjęciu) i kilka wywrotek, potłuczone kolana i łokieć (na szczęście nic groźnego), a już mocno nadwerężone dętki pękały co chwila pod Czomolungmą.
Rozstawiam namiot parę kilometrów od bazy himalaistów. Nie ma szans jednak na sen. Wiatr huczy całą noc, prawie odrywa namiot od podłoża. Trzykilometrowa ściana Everestu lśni w blasku gwiazd i księżyca. Nie śpię więc tak jak i ta góra.
W samej bazie można pogadać z grupami szykującymi się do wejścia, albo już po wyprawie na Everest. Grupa Hindusów zaprasza mnie do swojego namiotu. Świętują, bo wczoraj wrócili ze szczytu. Oglądam ich zdjęcia. Robi na mnie wrażenie stos ciał na całej długości trasy na Everest. "Każdy z nas musiał się liczyć z tym, że już tam zostanie" - mówi jeden z członków dwunastoosobowego zespołu. Im się udało. Przygotowywali się przez dwa lata do wyprawy. Od początku trenowali razem. Na samym początku obiecali sobie, że wejdą tam razem, albo razem zawrócą albo razem zginą. Weszli wszyscy.
A ja żegnam się z himalaistami i z górą i wracam drogą na skróty do Tingri.








wtorek, 15 maja 2007
Potala - pałac Dalajlamów (już bez Dalajlamy)