joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
środa, 25 lipca 2007
Góry, góry





Kolejny raz poszłam na samotną wędrówkę po górach. Dwa pierwsze dni szłam bez trudu, narzekałam tylko w myślach na upał. Kolejnego dnia miałam przejść przez wysoką przełęcz. Wstałam wcześnie rano, jeszcze o zmroku, żeby nie iść pod górę w skwarze. Mijał czas, ale wcale nie robiło się bardziej jasno, jak to zwykle rankami bywa. Niebo zasłonięte było czarną warstwą chmur. Mimo to szłam pod górę. Szlak był słabo widoczny i wpakowałam się w jakieś strome skałki. W którymś momencie znalazłam się na niewielkiej półce nad przepaścią. Nie miałam możliwości zawrócić. Musiałam wykonać jeden krok odchylając się do tyłu, w stronę przepaści. Plecak mnie odciążał jeszcze bardziej w stronę przepaści, więc w ciągu sekundy namysłu zdecydowałam się zrzucić plecak w przepaść. Bez obciążenia mogłam z łatwością zejść ze skałek. Potem jednak musiałam zejść na dół po plecak, tracąc na ta całą historię ponad godzinę. Szłam znowu pod górę, tym razem trochę bezpieczniejszą drogą.
Narzekanie na upał i brak wody obróciło się teraz przeciwko mnie. Czarne chmury jeszcze bardziej poczerniały, a po chwili zaczął sypać śnieg i wszystko dla odmiany stało się białe. Nie mogłam już zupełnie odnaleźć ścieżki. Postanowiłam zawrócić. Niżej zamiast śniegu padał deszcz i po chwili przemokło mi wszystko, łącznie z nieprzemakalną kurtką. Zastanawiając się, co może mi się jeszcze przytrafić tego pechowego dnia, poślizgnęłam się na mokrych kamieniach, spadłam ze skałki i potłukłam się. Na szczęście nic groźnego mi się nie stało, podniosłam się i poszłam dalej. Zeszłam trochę niżej i wreszcie znalazłam kawałek płaskiego miejsca, żeby rozbić namiot. Wszystko, co wyciągnęłam z plecaka, również śpiwór było mokre i wiedziałam już, że czeka mnie ciężka noc i szczękanie z zimna. Pechowy dzień jednak minął, następnego dnia wyszło upalne słońce i mogłam wysuszyć ubrania. Ale wtedy już górom pokazałam środkowy palec i zawróciłam do dolin.








wtorek, 24 lipca 2007
Chodząc po Marsie














Ośla misja













Krajobraz w Ladakhu jest księżycowy albo marsjański, w każdym razie mało ziemiański. Jest przeraźliwie sucho, a gołe skały w ciągu dnia rozgrzewają się do niemożliwości. Chodząc z plecakiem od wioski do wioski trzeba zabrać ze sobą kilka butelek wody, a i tak idzie się z wywieszonym językiem z pragnienia. Dochodzi się wreszcie do wioski czyli zielonego placka sztucznie nawodnionych pól i kilku szarych domków nad tym zielonym plackiem. Tam można liczyć na nowe zapasy wody.
W drodze w wyższe góry dochodzę do takiego upragnionego zielonego placka i upragnionej zimnej wody. Mała wioska, kilkanaście domów. Jakaś starsza kobieta woła mnie. Idzie za gromadą niewielkich, wyglądających jak pluszowe, osiołków. Kobiecina nie mówi po angielsku, ale pokazuje mi, że bardzo się gdzieś spieszy i prosi, żebym poprowadziła jej osły do następnej wioski. Zanim zdążyłam się zastanowić, baba wcisnęła mi kijek pasterski do ręki i gdzieś zniknęła, a osiołki spoglądając na mnie trochę podejrzliwie zaczęły powoli iść drogą do przodu. Cóż więc zrobić, idę za osłami, poganiając te ostatnie kijkiem.
Na początku moja ośla misja szła gładko, osły same szły ścieżką, jakby dobrze wiedziały, gdzie mają być doprowadzone. Po jakimś jednak czasie gromada pluszaków zaczęła mi się rozłazić. Niektóre osły szły twardo do przodu, ale inne zatrzymywały się skubiąc kępki rzadkiej trawy, inne zeszły do strumienia napić się wody, a jeszcze inne po prostu zawróciły do swojej wioski. Przez jakieś pół godziny ganiałam za osłami starając się zebrać je wszystkie do kupy. Ale mimo wołań i uderzeń kijkiem osiołki wiedziały swoje i wcale nie chciały się mnie słuchać. Do następnej wioski doprowadziłam tylko dwa z kilkunastu osłów. Najpierw bardzo się zmartwiłam, że pogubiłam zwierzęta, ale potem pomyślałam, że może ta stara kobieta zrobiła sobie niezły żart wiedząc, że osły i tak wrócą do swojej wsi.
Po nieudanej oślej misji idę dalej rozgrzaną, marsjańską ścieżką.
















poniedziałek, 23 lipca 2007
Buddyzm w Ladakhu - zdjęcia cd.






















niedziela, 22 lipca 2007
Buddyzm w Ladakhu - zdjęcia




















Buddyzm w Ladakhu







Nieodłączną częścią krajobrazu Ladakhu są buddyjskie klasztory, starcy kręcący modlitewnymi młynkami, pałętający się po wioskach mnisi. Świątynie, górujące na wzgórzach, białe lub czerwone, wyglądają jakby przyklejone do szarego krajobrazu. Czerwone ubranie mnichów i mniszek już zupełnie odklejają się od reszty. Za to melodia płynąca z klasztorów wydaje się rozpływać po skałach, przenikać kamienie. Nad górami unoszą się odgłosy pudży - porannej modlitwy, mnisie mamrotanie modlitw, dzwonienie dzwonków, trąbienie trąb lub bębnienie klasztornych bębnów.


















1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33