joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
środa, 25 lipca 2007
Stok Kangri 6153 m n.p.m.


Po ostatnim wypadzie w góry trochę straciłam pewność siebie, więc tym razem postanowiłam pójść z przewodnikiem. Tym bardziej, ze celem wypadu jest wejście na sześciotysięcznik, górę w okolicach Leh, Stok Kangri 6153 metrów n.p.m. (wysokości są w różnych przewodnikach różnie podawane - od 6090 do 6153 metrów, więc - żeby bardziej się pochwalić - wybieram największą).


widok na Stok Kangri z okolic Leh


Szczyt, chociaż ponad 6 tysięcy, nie jest wyjątkowo trudny, nie wymaga większego doświadczenia, i wielu turystom w Ladakhu udaje się tam wejść.
Wejście na Stok Kangri zajęło mi cztery dni - dwa dni wejścia pod górę, jeden dzień wejścia i zejścia na szczyt i jeden dzień powrotu. Mój przewodnik, Tashi i ja zaczęliśmy wędrówkę w Stok (3690 m n.p.m.), niewielkiej miejscowości w okolicach Leh.



pierwszy obóz


Dwa pierwsze dni były mało męczące, ale potrzebne do przyzwyczajenia się do wysokości. Pierwszego dnia, dość deszczowego, szliśmy szeroką doliną, żeby rozbić obóz na wysokości około 4400 m n.p.m. Drugiego dnia podeszliśmy blisko góry i zostaliśmy na noc na wysokości 5050 m n.p.m.



drugi dzień


drugi dzień - w tle Stok Kangri




drugi obóz


widok na Stok Kangri z drugiego obozu


Trzeciego dnia było ostateczne zmierzenie się z górą. Na szczyt trzeba iść długi odcinek przez lodowiec i śnieg, a więc żeby iść po zmrożonym lodzie, konieczne było wyjście bardzo wcześnie, przed 3 rano. Pogoda nie dopisała. Było zimno i padał śnieg, widoczność prawie zerowa. Już po kilkunastu minutach zgubiłam swojego przewodnika. Jeszcze przez jakiś czas szłam sama oczywistą drogą, po grani, ale po chwili pojawiły się przede mną różne przełęcze, doliny i nie miałam pojęcia, gdzie mam iść dalej. Wołałam przewodnika, ale ten nie odpowiadał. Usiadłam na kamieniu i zaczęłam płakać. Bardzo chciałam wejść na tę górę, a już po pół godzinie drogi, myślałam, że jedyne wyjście to zawrócić do obozu.



trzeci dzień - droga na szczyt

Po chwili jednak zauważyłam jakieś światła. To dwóch wspinaczy, których poznałam dzień wcześniej. Okazało się, że jeszcze spory kawałek idą tą samą drogą, co ja, więc poszłam z nimi. Po jakiejś godzinie znaleźliśmy mojego przewodnika. Byłam na niego wściekła, że na mnie nie poczekał. Poszliśmy dalej. Dalej trzeba było się wspinać po stromym lodowcu. Droga ostro pod górę, w świeżym śniegu, i powyżej 5 tys. metrów, była męcząca i co chwila musiałam się zatrzymywać, żeby uspokoić oddech. Po jakimś czasie zrobiłam się też niesamowicie głodna, jakbym nic nie jadła od kilku dni.


trzeci dzień - droga na szczyt (w żółtej kurtce - przewodnik)

Tymczasem zrobiło się jasno i z lodowca weszliśmy na skalną grań. Tashi, mimo moich próśb, nie czekał na mnie, gnał do przodu, a ja, bojąc się, że go zgubię, gnałam za nim. Z reguły tę trasę pokonuje się w rakach, ale że przewodnik “biegł” do góry, nawet nie założyłam ich przez cale wejście na szczyt.



trzeci dzień - droga na szczyt


trzeci dzień - widoki spod szczytu


trzeci dzień - droga na szczyt

Wreszcie po 4,5 godzinach dotarliśmy na szczyt. Zła na przewodnika, że nie czekał na mnie i nie pomagał na lodowych ścianach, w kiepskiej pogodzie, nawet nie ucieszyłam się bardzo, że weszłam na górę. Zejście okazało się nawet trudniejsze niż wejście, tym bardziej, że Tashi bez przerwy gubił drogę. Mogłam równie dobrze pójść sama, z mapą, złościłam się na siebie, że wybrałam tego przewodnika. Po 9 godzinach byliśmy znowu w obozie i chociaż było dopiero południe padłam ze zmęczenia. Kolejnego dnia wróciliśmy do Leh i dopiero po powrocie zaczęłam się cieszyć z tej góry. O kurcze, weszłam na 6 tysięcy!



na szczycie


czwarty dzień - powrót



Góry, góry





Kolejny raz poszłam na samotną wędrówkę po górach. Dwa pierwsze dni szłam bez trudu, narzekałam tylko w myślach na upał. Kolejnego dnia miałam przejść przez wysoką przełęcz. Wstałam wcześnie rano, jeszcze o zmroku, żeby nie iść pod górę w skwarze. Mijał czas, ale wcale nie robiło się bardziej jasno, jak to zwykle rankami bywa. Niebo zasłonięte było czarną warstwą chmur. Mimo to szłam pod górę. Szlak był słabo widoczny i wpakowałam się w jakieś strome skałki. W którymś momencie znalazłam się na niewielkiej półce nad przepaścią. Nie miałam możliwości zawrócić. Musiałam wykonać jeden krok odchylając się do tyłu, w stronę przepaści. Plecak mnie odciążał jeszcze bardziej w stronę przepaści, więc w ciągu sekundy namysłu zdecydowałam się zrzucić plecak w przepaść. Bez obciążenia mogłam z łatwością zejść ze skałek. Potem jednak musiałam zejść na dół po plecak, tracąc na ta całą historię ponad godzinę. Szłam znowu pod górę, tym razem trochę bezpieczniejszą drogą.
Narzekanie na upał i brak wody obróciło się teraz przeciwko mnie. Czarne chmury jeszcze bardziej poczerniały, a po chwili zaczął sypać śnieg i wszystko dla odmiany stało się białe. Nie mogłam już zupełnie odnaleźć ścieżki. Postanowiłam zawrócić. Niżej zamiast śniegu padał deszcz i po chwili przemokło mi wszystko, łącznie z nieprzemakalną kurtką. Zastanawiając się, co może mi się jeszcze przytrafić tego pechowego dnia, poślizgnęłam się na mokrych kamieniach, spadłam ze skałki i potłukłam się. Na szczęście nic groźnego mi się nie stało, podniosłam się i poszłam dalej. Zeszłam trochę niżej i wreszcie znalazłam kawałek płaskiego miejsca, żeby rozbić namiot. Wszystko, co wyciągnęłam z plecaka, również śpiwór było mokre i wiedziałam już, że czeka mnie ciężka noc i szczękanie z zimna. Pechowy dzień jednak minął, następnego dnia wyszło upalne słońce i mogłam wysuszyć ubrania. Ale wtedy już górom pokazałam środkowy palec i zawróciłam do dolin.








wtorek, 24 lipca 2007
Chodząc po Marsie














Ośla misja













Krajobraz w Ladakhu jest księżycowy albo marsjański, w każdym razie mało ziemiański. Jest przeraźliwie sucho, a gołe skały w ciągu dnia rozgrzewają się do niemożliwości. Chodząc z plecakiem od wioski do wioski trzeba zabrać ze sobą kilka butelek wody, a i tak idzie się z wywieszonym językiem z pragnienia. Dochodzi się wreszcie do wioski czyli zielonego placka sztucznie nawodnionych pól i kilku szarych domków nad tym zielonym plackiem. Tam można liczyć na nowe zapasy wody.
W drodze w wyższe góry dochodzę do takiego upragnionego zielonego placka i upragnionej zimnej wody. Mała wioska, kilkanaście domów. Jakaś starsza kobieta woła mnie. Idzie za gromadą niewielkich, wyglądających jak pluszowe, osiołków. Kobiecina nie mówi po angielsku, ale pokazuje mi, że bardzo się gdzieś spieszy i prosi, żebym poprowadziła jej osły do następnej wioski. Zanim zdążyłam się zastanowić, baba wcisnęła mi kijek pasterski do ręki i gdzieś zniknęła, a osiołki spoglądając na mnie trochę podejrzliwie zaczęły powoli iść drogą do przodu. Cóż więc zrobić, idę za osłami, poganiając te ostatnie kijkiem.
Na początku moja ośla misja szła gładko, osły same szły ścieżką, jakby dobrze wiedziały, gdzie mają być doprowadzone. Po jakimś jednak czasie gromada pluszaków zaczęła mi się rozłazić. Niektóre osły szły twardo do przodu, ale inne zatrzymywały się skubiąc kępki rzadkiej trawy, inne zeszły do strumienia napić się wody, a jeszcze inne po prostu zawróciły do swojej wioski. Przez jakieś pół godziny ganiałam za osłami starając się zebrać je wszystkie do kupy. Ale mimo wołań i uderzeń kijkiem osiołki wiedziały swoje i wcale nie chciały się mnie słuchać. Do następnej wioski doprowadziłam tylko dwa z kilkunastu osłów. Najpierw bardzo się zmartwiłam, że pogubiłam zwierzęta, ale potem pomyślałam, że może ta stara kobieta zrobiła sobie niezły żart wiedząc, że osły i tak wrócą do swojej wsi.
Po nieudanej oślej misji idę dalej rozgrzaną, marsjańską ścieżką.
















poniedziałek, 23 lipca 2007
Buddyzm w Ladakhu - zdjęcia cd.






















niedziela, 22 lipca 2007
Buddyzm w Ladakhu - zdjęcia




















 
1 , 2 , 3