joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
niedziela, 15 kwietnia 2007
rowerem przez Tybet - zdjęcia cz.III



no i ja...


...i Nguyen




Przed wyjazdem do Tybetu przez wiele osób byłam straszona. Że do Tybetu jest bardzo trudno się dostać, że trudno jest dostać pozwolenie, że nie powinno się robić zdjęć, bo policjanci mogą mi zabrać aparat. Że nawet jeśli zrobię zdjęcia, to nie będę mogła ich wysłać z Tybetu. W Polsce parę osób mówiło mi, że nie powinno się rozmawiać z Tybetańczykami, bo naraża się ich na problemy. Mówiono mi, że w żadnym wypadku nie powinnam mówić o "Wolnym Tybecie" ani rozdawać fotografii Dalajlamy.

Do Tybetu przyjechałam nielegalnie. Bez fotografii Dalajlamy w kieszeni. Ze sporymi obawami.

Na granicy Autonomicznego Regionu Tybetu nie było żadnej policji ani wojska. W jednej miejscowości, jakieś 130 km od granicy, zatrzymał mnie zaspany policjant. Poprosił o paszport, przewertował kartki, chyba nawet nie patrząc na mnie, po czym spytał, czy chcę herbaty.

W Rutoku, pierwszej większej miejscowości, do jakiej dotarłam, poszłam do baru. A tam, jak gdyby nigdy nic wisi portret Dalajlamy. "Dalajlama?" pytam, niedowierzając. "Tak, Dalajlama" uśmiechają się do mnie Tybetańczycy, po czym odwracają głowy w stronę telewizora, gdzie leci jakiś chiński program. Pytam, czy mają tybetańskie pierogi momo. Nie mają. A tybetańską zupę "tukpa"? Mają. Ale po chwili dostaję chińską zupkę z makaronem.

Zarówno Rutok jak i Ali to miasta chińskie, a nie tybetańskie. Na ulicach więcej Chińczyków niż Tybetańczyków. Wszelkie napisy są po chińsku i mniejszymi literami po tybetańsku. Policji jest sporo. Tybetańczycy nie wydają się jednak zastraszeni. Mówią miedzy sobą po tybetańsku, chodzą w tradycyjnych strojach, o ile chcą (a młodzież, jak to młodzież, raczej nie chce, ubiera się "po zachodniemu" i trudno odróżnić młodych Tybetańczyków od młodych Chińczyków), siedzą na ławkach z młynkami modlitewnymi albo malami i mamroczą "om mani padme hum...". W Ali na każdym rogu można kupić skrypty buddyjskie po tybetańsku, katy, male, a nawet elektroniczne radyjko za 4 yuany, które będzie recytowało tybetańskie modlitwy.

Chińczycy na początku wydawali mi się niesympatyczni, mało pomocni. Wydaje mi się, że to dość wyjątkowe społeczeństwo. Ich gesty, miny są dla mnie trudne do zrozumienia i myślę, że często źle interpretowałam ich zachowanie. Chińczycy na ogół nie znają obcych języków, a nawet trudne jest dla nich zrozumienie, że ktoś nie zna chińskiego. Według mnie to dość konserwatywni ludzie i na ich terytorium powinno się przestrzegać ich zasad. Jeśli jednak przestrzegasz ich reguł, oni cię tolerują.

Z Tybetańczykami próbuję rozmawiać, ale z nimi, podobnie jak z Chińczykami trudno się porozumieć. Nie wydaje mi się, żebym ściągała na nich jakieś problemy. Siadam obok nich, policjanci przechodzą jakby nigdy nic.
Z fotografowaniem też nie ma problemu, robię zdjęcia policjantom, żołnierzom. Aparatu nikt mi nie zabiera. Zdjęcia też mogę przesłać przez internet (choć rzeczywiście niektóre strony są zablokowane).

To prawda, że nikt nie chodzi w koszulce "Wolny Tybet", nigdzie nie wiszą flagi Tybetu. To już byłoby złamanie zasad. Jednak nie wydaje mi się, żeby obecnie Tybetańczycy byli szczególnie tępieni za samo bycie Tybetańczykami. Raczej Chińczycy patrzą na nich dobrotliwie, jak na młodszych braci.

W Ali, 370 km od granicy Tybetu, na ulicy zatrzymała mnie policja. Sprawdzili mój paszport, bez pozwolenia. Kazali stawić się następnego dnia w ich jednostce. Tego dnia pomyślałam, że jednak panuje tu terror. Mnóstwo policji, wojska (na zdjęciach). Potem jednak okazało się, że to święto z okazji dowozu do miasta drewna (w Tybecie jest mało drewna). To była też okazja do pokazania siły chińskiego wojska. Przy wjeździe ciężarówek z deskami grała orkiestra wojskowa, szeregi policjantów klaskały. Tybetańczycy też zebrali się i też klaskali w rytm.

W jednostce policji stawiłam się o wyznaczonej godzinie. Jakiś policjant spojrzał na mnie i ojcowskim tonem spytał, czy jestem głodna, czy mam wystarczająco dużo pieniędzy na podróż. Odpowiedziałam, że wszystko mam. Potem przyszła pani policjantka, która zaprowadziła mnie do swojego biura. Zabrała paszport i zaczęła wypełniać tony dokumentów. Po jakiejś godzinie powiedziała: "przepraszam, że to tak długo trwa, sama pani rozumie, ta nasza chińska biurokracja", uśmiechnęła się. Potem znowu spoważniała: "teraz odpowie pani na kilka pytań, proszę odpowiadać szczerze i zgodnie z prawdą". Mówię, że obiecuję odpowiadać zgodnie z prawdą. Odpowiadam więc na pytania zgodnie z prawdą: że przyjechałam na rowerze, że byłam w Rutoku, że przejechałam granicę nielegalnie. "Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że złamała pani chińskie prawo?" pyta policjantka. "Tak i bardzo tego żałuję" odpowiadam, na co policjantka parsknęła śmiechem.
Zapłaciłam karę za złamanie chińskiego prawa (około 100zł) i pozwolenie na podróżowanie po Tybecie (około 20zł).

Wcześniej rozmawiałam z innymi cyklistami, którzy przede mną pokonali tę trasę, więc wiedziałam, że w Ali będę musiała tyle zapłacić i potem będę mogła jechać już legalnie. Nie bałam się więc policji. Nie spodziewałam się jednak, że będzie tak miło. Policjantka po wypełnieniu wszystkich dokumentów poczęstowała mnie herbatą. Powiedziała, że się o nas wszystkich martwi. "O nas wszystkich?" pytam. "No o was, rowerzystów. Ciągle tu przyjeżdżają rowerzyści. W zeszłym roku było dwudziestu kilku rowerzystów, z czego dwie dziewczyny". Kiedy odjeżdżałam, policjantka pogłaskała mnie po głowie. "Szerokiej drogi!"



Ali
















w stronę Ali










Rutok i okolice

















rowerem przez Tybet - zdjęcia cz.II



i droga, droga...


zaraz przed Aksai Chin - zimno było!


ponure Aksai Chin




zimno i pięknie


 
1 , 2