joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
środa, 28 lutego 2007
zdjęcia z Sikkimu - cz.III











zdjęcia z Sikkimu - cz.II















zdjęcia z Sikkimu - cz.I






pola ryżowe


Sikkim najlepiej poznać na piechotę. Przez trzy dni wędrowałam razem z parą Francuzów po górskich wioskach. Chcieliśmy pójść wyżej w góry, ale wszystkie wyższe regiony są położone blisko granic, potrzebne są dodatkowe pozwolenia, obowiązkowi przewodnicy i sporo gotówki. Francuzi zdecydowali się na nielegalną wycieczkę. Ja postanowiłam zostać niżej.

Miałam dojść do jednej wsi. Dostałam od jakiegoś turysty wskazówki: przy złamanym drzewie skręć w lewo, przy rozwidleniu rzeki w prawo, przy dużych drzewach bananowych w górę. Złamanych drzew było jednak dużo, rzeka parę razy się rozwidlała, dużych drzew bananowych też było dużo. Ścieżki ciągle się rozwidlały, prowadziły w jakieś ciemne zakamarki lasu, albo niknęły gdzieś pośród drzew. Parę razy musiałam zawrócić, cofnąć się. Jedyny człowiek, którego spotkałam po drodze powiedział mi, że muszę zejść na samo dno głębokiej doliny. Posłuchałam się. Zeszłam. Ale z pewnością nie była to dobra droga. Znalazłam się w wąskim wąwozie, przez który szaleńczo przeciskała się rzeka. Jedynym wyjściem było wejść znowu pod górę. Zrobiło się już prawie całkiem ciemno.
Krok za krokiem. Wyżej i wyżej. Jakaś ścieżka doprowadziła mnie na tarasy ryżowe. Ryż ledwie co zaczął wyrastać. Na każdym, niewielkim poletku kilkadziesiąt niewielkich, jasnozielonych kępek. Kolejny taras o jakieś pół metra wyżej od poprzedniego. Idę pod górę brodząc w ryżowym błocie. Przeskakuję z tarasu na taras. A tarasy wydają się ciągnąć w nieskończoność, aż do nieba. Pot ścieka mi po twarzy. Taras, ryż, błoto, pół metra, spać. Ze zmęczenia kręci mi się w głowie. Czy ja tu naprawdę jestem? Jedyna myśl to gdzieś się położyć i zasnąć. Mogę spać w lesie, gdziekolwiek, ale nie na tych cholernych polach ryżowych! Nienawidzę pól ryżowych! Ryż, błoto, taras, krok. Całkiem już ciemno. Chce mi się płakać, mam dosyć pól ryżowych. Kiedy nie mogłam już powstrzymać grymasu wykrzywiającego twarz zaraz  przed rozpłakaniem się, usłyszałam “Hello! Hello!”.
W ciemnościach dostrzegłam cztery drobne cienie. Cienie podeszły bliżej i stały się czterema drobnymi chłopcami z koszami na plecach. “Jest już ciemno, chodź z nami”- mówią. Poszłam. Chłopcy, chociaż mieli stare klapki na nogach, prawie biegli po kamieniach. Ja  bojąc się każdego kroku po ciemku, włóczyłam się za nimi wykończona.
“Co tutaj robicie?” – pytam chłopców. “Pracujemy na polach ryżowych” – mówią. Spojrzałam na ich drobne dłonie i moja złość na pola ryżowe stała się jeszcze większa. Takie drobne dłonie muszą pracować na tych polach! I ile razy w życiu jadłam ryż, a ile razy pomyślałam o tych dłoniach. Po ponad godzinnej wędrówce przez góry, chłopcy zaprowadzili mnie do swojego domu.
Dom zbudowany z bambusowych pali, poprzetykanych suszonymi liśćmi. W środku, dookoła ognia siedzi kilkanaście osób. Większość mężczyzn gra w karty, popijając piwo i paląc papierosy. Są pochłonięci grą i nie zwracają na mnie żadnej uwagi. Dzieci za to wpatrują się we mnie z otwartymi buziami. “Ale ty jesteś biała!” mówi jedna dziewczynka. Chłopcy zrzucają kosze, ja zdejmuję plecak i siadam przy ogniu. Ze zmęczenia zaschło mi w gardle. “Czy mogę dostać takie piwo jak ci, co grają w karty?” Jeden z chłopców wyjmuje kufel zrobiony z grubego bambusa. Z beczki nalewa mocny alkohol, a do niego wsypuje jakieś ziarenka. Zalewa to wrzątkiem i wtyka rurkę, też bambusową. Ziarenka nasiąkają alkoholem i dzięki temu po każdym łyku można dolać wody, cały czas czując alkohol.
Minęło najgorsze zmęczenie. Rozglądam się. Nad ogniem suszą się wielkie kawałki mięsa i rozmaite warzywa i zioła. Z jednego woreczka nad ogniem starszy mężczyzna wyciąga trochę ziół, spluwa na nie, formuje papkę, którą wsuwa pod górną wargę. Na ogniu ktoś stawia wielki garnek. Gotuje się ryz. Ryż z pól ryżowych, uzbierany drobnymi dłońmi.
Jemy ryż w milczeniu. Ci ludzie znają tylko parę słów po angielsku. Milczymy więc przyjaźnie. Ciemne twarze i skośne oczy uśmiechają się do mnie. Chciałabym jeszcze chwilę z nimi posiedzieć, ale padam ze zmęczenia. Jakaś kobieta przygotowuje dla mnie w rogu izby kupę siana, na której zwijam się w kłębek i zaraz zasypiam.










wtorek, 27 lutego 2007
ptaki i kwiaty


Przez pierwsze kilka dni w Sikkimie, trudno było cokolwiek zobaczyć. Ale w końcu mgła podniosła się. W Pemayangtse poznaję Martę i Roba. Marta pochodzi z Włoch a Rob z Wielkiej Brytanii, a połączyła ich miłość do ptaków. Podróżują po całym świecie poszukując rzadkich i egzotycznych gatunków. Jednego dnia wybieram się razem z nimi na “polowanie”. Wyposażeni w wielkie lornetki i aparaty z długimi obiektywami, wzbudzamy poruszenie w całej wsi. Wchodzimy do lasu i od razu moi znajomi szaleją, bo widzą tysiące ptaków. Ja nic nie widzę, mam kiepski wzrok i jakoś nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na ptaki. Ale Marta daje mi wielką lornetkę i pokazuje, gdzie mam patrzeć. Teraz też widzę! Ekscytacja tych dwojga udziela się i mnie. O kurcze, nigdy nie widziałam takich kolorów, takich pięknych piór! Oboje potrafią nawoływać ptaki. Objaśniają mi wszystko, co ten ptak je, gdzie się chowa w nocy, których ptaków nie lubi. Znają nazwy większości z nich, a jeśli nie znają, to Marta wyciąga notatnik i szkicuje sylwetkę ptaka i potem sprawdza w wielkim atlasie. Przez lornetkę patrzę na ptaszka mniejszego od piłki pingpongowej. Zastanawiam się, jak malutkie musi mieć serce.
Żadnego zdjęcia nie udało mi się zrobić. Ale potem chodząc po lesie zwracam bardziej niż zwykle uwagę na rzeczy małe. Ptaki, kwiaty, odgłosy i zapachy.








Losar - Tybetański Nowy Rok w Sikkimie


Losar, czyli święto Nowego Roku według kalendarza tybetańskiego, spędzam w Pemayangtse. Tutaj znajduje się jeden ze słynniejszych klasztorów w Sikkimie. Pemayangtse czyli doskonały kwiat lotosu. Przed klasztorem, pomimo gęstej mgły odbywają się tradycyjne tańce chaam czyli tańce w maskach. Wieczorem rodzina, u której się zatrzymałam zaprasza mnie na tradycyjny obiad i tongbe – miejscowe piwo. Smakuje podobnie jak japońskie sake i - szczerze mówiąc - to był najgorszy napój, jaki kiedykolwiek piłam.



 
1 , 2 , 3