joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
poniedziałek, 29 stycznia 2007
ja... czyli kto?





podobno kiedy patrzy się bardzo długo w lustro, można ześwirować
chyba z zastanawianiem się nad samym sobą jest podobnie

moja podróż miała być trochę przygodą,
trochę zaspokojeniem ciekawości świata,
trochę oderwaniem się od tego, co znane,
trochę chęcią poznania samej siebie

będąc daleko od wszystkiego co się zna,
można nabrać niezłego dystansu,
siebie zabiera się zawsze ze sobą,
nie można (może na szczęście) spojrzeć na siebie z zewnątrz

pozostaje więc lustro
lustro-lustro
i lustro inni ludzie
bo każdy patrzy na mnie inaczej
a ja patrząc na ciebie patrzę, jak ty na mnie patrzysz

pozostaje zastanawianie się
niby ciągle jest się sobą i to się nie zmieni
ale w podróży mogę sprawdzić swoje reakcje
w bardziej ekstremalnych warunkach

tutaj patrzą na mnie inaczej
inne lustro-ludzie
lustro-lustro też inne
ale czy bardziej prawdziwe

przed lustrem stroję miny
i przed innymi ludźmi
i przed lustrem-lustrem też
odkrywam, że to tylko ciągłe pozy

pozy, udawanie
chore ambicje
wieczne kompleksy
zbyt wysokie poprzeczki

skoro pozy, udawanie
to gdzie prawdziwe ja?
moja podróż - też trochę poza
patrzcie jaka jestem odważna!

nie
im dalej podróżuję
po świecie i w sobie
tym bardziej w lustrze widzę
przeciętność albo nawet i nie to

a może właśnie
widzę aż przeciętność
przyznaję przed lustrem
że to tylko ja i nikt więcej







środa, 24 stycznia 2007
Varanasi - zdjęcia cd.





















Varanasi - zdjęcia














Varanasi








Po paru przymusowych dniach spędzonych w Delhi, moja złość na Indie sięgnęła granic. Tutaj jest najwięcej oszustów, naciągaczy, złodziei. Miałam wrażenie, że dłużej już w Indiach nie wytrzymam. Do Varanasi jechałam trochę z niechęcią, wydawało mi się, że będzie to kolejne wielkie, brudne hinduskie miasto. Jednak zaraz po przyjeździe zmieniłam zdanie. Varanasi jest jakimś szczególnym, magicznym miastem. Jest trochę kwintesencją wszystkiego, co do tej pory widziałam w Indiach, wszystko to, co z reguły myśli się o Indiach w pigułce. A zarazem to miasto jest pełne muzyki, kolorów. Pomimo wielkiej nędzy, tłumów żebraków, panuje jednak jakaś radość, nie tak często odczuwalna w Indiach.
Od wielu tygodni wsłuchiwałam się w azjatycką muzykę, w brzmienia azjatyckich bębnów. Teraz sama staram się nauczyć grać na tabli. Rano przychodzę do nauczyciela, kłaniam się najpierw posążkowi boga nauki, potem nauczycielowi i zaczynamy lekcję.















Bakpakersi


Po drodze, w pociągach, hotelach, barach, w tłumie spotykam innych turystów. Większość z nich to tak zwani backpackers, bakpakersi, czyli po prostu turyści z plecakami, podróżujący niskobudżetowo. Jest też sporo bogatszych turystów, zatrzymujących się w luksusowych hotelach, podróżujących prywatnymi samochodami. W Bombaju przez chwilę śledziłam brytyjskie małżeństwo w średnim wieku. Upał koszmarny, ale on w garniturze, ona w garsonce. Wychodzą z najdroższego chyba hotelu w Bombaju, który charakteryzuje się tym, że jest najdroższy i że przypomina Taj Mahal. Obok nich idzie Hindus, ich osobisty przewodnik, również elegancko ubrany. Wsiadają do prywatnej łódki i płyną na wyspę w okolicach miasta. Ja również tam płynę, ale zwykłą łódka turystyczną. Na wyspie czekają już na nich miejscowi chłopcy z fotelami, na których zasiadają Brytyjczycy i tak niesieni przez niewygodny teren mogą obejrzeć parę miejsc.

Ale takich turystów widuję dość rzadko. Bakpakersów najczęściej spotykam w parach, facet z dziewczyną, dwóch chłopaków albo samotnie podróżujących turystów. Dość rzadko widziałam dwie dziewczyny wspólnie podróżujące, może kobietom trudniej się dogadać w trudnych warunkach? Są też większe grupy, a czasami rodziny. Kilka razy natknęłam się na rodzinę w stylu: trochę podstarzali Hipisi i małe dzieci zawinięte w chusty na wzór hinduski.

Najczęściej spotykam bakpakersów z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Hiszpanii, Kanady, Japonii i Korei. Jest mnóstwo turystów z Izraela, o których wiele się nasłuchałam już od początku swojej podróży. Właściciele hoteli czy barów opowiadali o ich pijaństwie, bójkach i rozbojach. Do Puszkaru przyjechałam późnym wieczorem, więc zatrzymałam się w pierwszym lepszym hotelu. Nie zwróciłam uwagi na napis: “witamy turystów z Izraela”. Poza mną sami Żydzi. Impreza na całego. Ktoś przebiega koło mnie nago, muzyka na pełen regulator, wszyscy już mocno pijani albo naćpani. Przyjechał tu didżej z całym swoim sprzętem i teraz na hotelowym tarasie miksuje muzykę. Jest najarany, oczy jak tunele, ale wygląda przyjaźnie. Zagaduję. Przyjechali tutaj całą wielką grupą, ponad 30 osób. Najpierw siedzieli w Kathmandu 2 miesiące, potem w Goa 3 miesiące. Nie zwiedzają, Indie ich nie interesują. Ale tutaj jest tanio. Noclegi, jedzenie, alkohol, narkotyki, dziwki. Zresztą z dala od domu można nabroić. Dlaczego imprezujecie? Pytam. Wszyscy skończyliśmy służbę w wojsku, chcemy się teraz wyluzować, zabawić, zapomnieć. Na chwilę zamyśla się. Za chwilę jednak znowu kiwa głową w rytm muzyki i wraca do miksowania.

Z Hiszpanami i Francuzami, których spotkałam, trudno się dogadać. W hoteliku w Jaipur Pierre nocuje w pokoju obok. Jest niemożliwy. Mam wrażenie, że specjalnie sfrancurza swój angielski, a kiedy ja nie mówię tak jak on, udaje, że nie rozumie. Japończycy też mają często problemy z językiem. Z Kiro jedziemy pociągiem do Ahmedabadu. Japończyk ma ufarbowane włosy na blond, okulary w kwadratowych oprawkach i nie rozumie ani słowa po angielsku. Wydaje się też w ogóle nie rozumieć co się wokół niego dzieje. Za to z nieznanych mi przyczyn co chwila wybucha głośnym śmiechem.

Z kolei Koreańczycy wydają mi się zupełnie oderwani od rzeczywistości, jakby prosto wyjęci z jakiegoś Pokemona czy komiksu. Yu Yong, którą poznałam w McLeod Ganj ma plastikową, błyszczącą torebkę na ramię, mnóstwo kolorowych spinek we włosach i świecącą kurtkę. Cała wydaje się być plastikową lalką. Cały czas uważnie patrzy pod nogi, aby swoimi drobnymi stopami nie wdepnąć w krowie łajna albo jakąś stertę śmieci. Jest tym tak zajęta, że nie widzi nic co się wokół niej dzieje. Za to kiedy czasami podniesie głowę, wydaje z siebie głośne “OOO” i natychmiast robi zdjęcie.

Niemcy, Austriacy i Skandynawowie, których spotkałam wydali mi się najbardziej przyjaźni i skromni. Często łączą podróż z pracą albo jakimś wolontariatem. Dwóch, 19-letnich Niemców,  Jakob i Hans pracują w różnych częściach Indii na farmach. W ten sposób odrabiają służbę w wojsku. Chodzą zawsze w dżinsach i czarnych koszulkach, jakby wręcz chcieli podkreślić swój prosty styl życia. Wiele dziewczyn, szczególnie Francuzki i Hiszpanki, fascynują się tutejszymi strojami, kupują stosy kolorowych bransoletek, chust, sukienek i po chwili wyglądają prawie jak Hinduski.

Turystów z Europy Wschodniej, Środkowej czy Południowej jest niewiele. Polaków spotkałam tylko dwóch, z czego jeden na stałe mieszka w Irlandii, a drugi we Włoszech. Jest trochę Rosjan. Tutaj, w Varanasi, w tym samym hotelu zatrzymało się dwóch chłopaków i dziewczyna z St Petersburga. Dziewczyna jest ostro wymalowana i niezbyt miło traktuje Hindusów z hotelu, pokazując im swoją wyższość.
Parę razy spotkałam bakpakersów z Południowej Afryki i przyznaję, że to najprzystojniejsi faceci i najpiękniejsze dziewczyny, jakich widziałam. W Bombaju poznałam parę z RPA, chłopak z umięśnioną klatką piersiową, dziewczyna poruszająca się niczym afrykańska antylopa, oboje jaśni blondyni, z błękitnymi, niemal przezroczystymi oczami, opaleni, trochę piegowaci, z deskami surfingowymi pod pachą lecą popływać.

Najdzielniejsze są jednak samotnie podróżujące dziewczyny. Nie to, że siebie zachwalam, wręcz przeciwnie. Nawet się nie odzywam, kiedy Jolie ze Stanów, drobna blondynka, opowiada o swojej, już prawie dwuletniej podróży. Samotnie przemierzyła autobusami lub stopem całe wybrzeże wschodniej Afryki, teraz jeździ po Azji Południowej. Karina, 19-letnia Niemka, przejechała samotnie Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan, Chiny, a teraz zaczyna się jej podróż po Indiach.

Historie, opowieści…



środa, 17 stycznia 2007
Nanda Devi








 
1 , 2 , 3