joanna mostowska - wyjazd do Azji 2006-2007
Kategorie: Wszystkie | mapy | parę słów o mnie | podziękowania
RSS
środa, 05 grudnia 2007



Zapraszam na wtorkowe (11 i 18 grudnia o 20:00) imprezy z cyklu "Azjatyckie Brzmienia". To będzie pokaz slajdów z mojej podróży, opowieści z wyjazdu oraz dużo muzyki.

Pierwszy pokaz (11 grudnia) będzie historią podróży po Indiach, opowieścią o nauce gry na tabli (hinduskim bębnie) w Varanasi, i o hinduskiej muzyce + hinduska herbata (czaj).

Drugie spotkanie (18 grudnia) będzie pokazem slajdów z Himalajów oraz dużo himalajskiej muzyki + himalajska herbata.

Zapraszam do Dobrej Karmy!



wtorek, 27 listopada 2007

zapraszamy na pokaz slajdów
Joanny Mostowskiej


"ROWEREM PRZEZ TYBET"
29 listopada (czwartek) o godz. 18.00
w budynku Centralnej Biblioteki Rolniczej w Warszawie
przy ul. Krakowskie Przedmieście 66,

wstęp wolny



Opowieść o samotnym wyjeździe Joanny Mostowskiej do Tybetu... na rowerze. Historia dwumiesięcznej podróży na tanim rowerze kupionym
w Chinach, historia o trzech tysiącach kilometrów bezdroży, o przełęczach powyżej 5 tysięcy metrów n.p.m., mroźnych nocach pod namiotem, o walce ze zmęczeniem. Ale co ważniejsze opowieść o zapomnianych, małych wioskach, o Tybetańczykach spotkanych po drodze, o ich gościnności
i wspólnie pitej herbacie z masłem z mleka jaka.



Organizatorzy:
ZARZĄD SAMORZĄDU STUDENTÓW WYDZIAŁU GEOGRAFII
I STUDIÓW REGIONALNYCH UW
oraz CENTRALNA BIBLIOTEKA ROLNICZA im. MICHAŁA OCZAPOWSKIEGO



Szczegółowe informacje:
Centralna Biblioteka Rolnicza, Warszawa, ul. Krakowskie Przedmieście 66,
tel. (022) 826-57-05, e-mail: bilas@cbr.edu.pl


wtorek, 14 sierpnia 2007
KONIEC PODRÓŻY





Dokładnie 9 miesięcy od przylotu do Indii, znowu stoję na lotnisku i czekam na samolot do Warszawy.
To była długa podróż, pełna niespodzianek, przygód, szybkich zwrotów akcji, ale też chwil odpoczynku i przemyśleń. Podróż przez sześć państw – Indie (najdłużej), Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Nepal (ekspresowo) i Tybet (rowerowo). Podróż przez różne krajobrazy, klimaty. Przez odludne obszary Wyżyny Tybetańskiej i w zatłoczonym, nowoczesnym Hong Kongu, czy Bangkoku. Przez pustynię Thar w Indiach i rajskie plaże w Tajlandii. Przez suchy i gorący Rajahstan i wilgotne Delhi w czasie monsunu. Pośród ośnieżonych himalajskich szczytów i przez nepalską dżunglę. Autobusami, pociągami, stopem, motocyklem, rowerem. Migające obrazy za szybą. Obrazy w obiektywie. Dookoła ciągle nowe kolory, zapachy i brzmienia.
Spotykałam różnych ludzi, przyjaznych, zwariowanych, szczęśliwych, zrozpaczonych. Młodych, starych, biednych, bogatych. Wysłuchałam setki historii życia.
A moja historia życia?
Teraz dzieli się na historię sprzed wyjazdu i historię wyjazdu. I na snucie kolejnych planów.
Bo podróż upiła mnie życiem.
Chcę żyć. Połykać świat. Smakować każdy moment.
Czuć. Trwać w chwili. Nie spiesząc się. Uważnie patrzeć i słuchać.
Być. Tu i teraz. Być wolnym.
Szybować w chmurach. Być dzieckiem, ciągle pytać.
Śmiać się i płakać.
Biec. Biec przed siebie.
A potem usiąść z Tobą pod drzewem, zapatrzyć się w zachód słońca.
Patrzeć jak Wisła płynie i napić się wreszcie polskiego piwa.



niedziela, 12 sierpnia 2007
Srinagar










Srinagar to ostatni przed Delhi przystanek podczas tej podróży. Główne miasto Kaszmiru Indyjskiego położone jest wokół kilku jezior.
Na największym z nich, jeziorze Dal, na dużych łodziach, na pomostach lub niewielkich wysepkach zbudowane są domy mieszkalne, sklepy i hoteliki. Pomiędzy tymi łódko-domami czółnami pływają sprzedawcy materiałów, warzyw, kwiatów i przypraw. Na jeziorze pływa nawet fotograf oraz przenośny bank, gdzie można wymienić walutę.















sobota, 04 sierpnia 2007
Kargil. Muzułmańska część Ladakhu.


Kargil opisany jest w przewodniku jako mało ciekawe miejsce. Mimo to, zanim jeszcze dojechałam, miałam przeczucie, że będzie mi się tam podobało. Zachodni Ladakh zamieszkują najczęściej muzułmanie. Zaraz po przyjeździe poczułam podobny zapach gotowanego i smażonego mięsa, głównie baraniny, jaki unosił się nad Kaszgarem w Chinach. Już pierwszego dnia zaprzyjaźniłam się z kilkunastoma sprzedawcami mięsa, a wieczorem smażonych kawałków mięsa, zanurzanych w sosie z baranich jelit.
W mieście, zgodnie z moimi przeczuciami, czułam się świetnie. W przeciwieństwie do Leh, Kargil wydał mi się żywym, prawdziwym miastem, przez które turyści jedynie przejeżdżają w drodze do Ladakhu lub w druga stronę, do Kaszmiru. Nie ma więc na każdym rogu hoteli i restauracji z zachodnimi potrawami jak w stolicy Ladakhu. Odetchnęłam z ulgą na tę odrobinę realności.
Przechadzam się po ulicach, w chustce na głowie, zagaduje miejscowych ludzi, a ci, serdecznie się uśmiechają. Zaglądam też do meczetu, gdzie trwa jakiś festiwal. Pomimo, że tradycyjnie kobiety nie mają tam wstępu, zostaję zaproszona do świątyni. Słucham przemówień kilku duchownych, których oczywiście nie rozumiem, a potem, co przyjemniejsze, załapuję się na poczęstunek.




























środa, 25 lipca 2007
Stok Kangri 6153 m n.p.m.


Po ostatnim wypadzie w góry trochę straciłam pewność siebie, więc tym razem postanowiłam pójść z przewodnikiem. Tym bardziej, ze celem wypadu jest wejście na sześciotysięcznik, górę w okolicach Leh, Stok Kangri 6153 metrów n.p.m. (wysokości są w różnych przewodnikach różnie podawane - od 6090 do 6153 metrów, więc - żeby bardziej się pochwalić - wybieram największą).


widok na Stok Kangri z okolic Leh


Szczyt, chociaż ponad 6 tysięcy, nie jest wyjątkowo trudny, nie wymaga większego doświadczenia, i wielu turystom w Ladakhu udaje się tam wejść.
Wejście na Stok Kangri zajęło mi cztery dni - dwa dni wejścia pod górę, jeden dzień wejścia i zejścia na szczyt i jeden dzień powrotu. Mój przewodnik, Tashi i ja zaczęliśmy wędrówkę w Stok (3690 m n.p.m.), niewielkiej miejscowości w okolicach Leh.



pierwszy obóz


Dwa pierwsze dni były mało męczące, ale potrzebne do przyzwyczajenia się do wysokości. Pierwszego dnia, dość deszczowego, szliśmy szeroką doliną, żeby rozbić obóz na wysokości około 4400 m n.p.m. Drugiego dnia podeszliśmy blisko góry i zostaliśmy na noc na wysokości 5050 m n.p.m.



drugi dzień


drugi dzień - w tle Stok Kangri




drugi obóz


widok na Stok Kangri z drugiego obozu


Trzeciego dnia było ostateczne zmierzenie się z górą. Na szczyt trzeba iść długi odcinek przez lodowiec i śnieg, a więc żeby iść po zmrożonym lodzie, konieczne było wyjście bardzo wcześnie, przed 3 rano. Pogoda nie dopisała. Było zimno i padał śnieg, widoczność prawie zerowa. Już po kilkunastu minutach zgubiłam swojego przewodnika. Jeszcze przez jakiś czas szłam sama oczywistą drogą, po grani, ale po chwili pojawiły się przede mną różne przełęcze, doliny i nie miałam pojęcia, gdzie mam iść dalej. Wołałam przewodnika, ale ten nie odpowiadał. Usiadłam na kamieniu i zaczęłam płakać. Bardzo chciałam wejść na tę górę, a już po pół godzinie drogi, myślałam, że jedyne wyjście to zawrócić do obozu.



trzeci dzień - droga na szczyt

Po chwili jednak zauważyłam jakieś światła. To dwóch wspinaczy, których poznałam dzień wcześniej. Okazało się, że jeszcze spory kawałek idą tą samą drogą, co ja, więc poszłam z nimi. Po jakiejś godzinie znaleźliśmy mojego przewodnika. Byłam na niego wściekła, że na mnie nie poczekał. Poszliśmy dalej. Dalej trzeba było się wspinać po stromym lodowcu. Droga ostro pod górę, w świeżym śniegu, i powyżej 5 tys. metrów, była męcząca i co chwila musiałam się zatrzymywać, żeby uspokoić oddech. Po jakimś czasie zrobiłam się też niesamowicie głodna, jakbym nic nie jadła od kilku dni.


trzeci dzień - droga na szczyt (w żółtej kurtce - przewodnik)

Tymczasem zrobiło się jasno i z lodowca weszliśmy na skalną grań. Tashi, mimo moich próśb, nie czekał na mnie, gnał do przodu, a ja, bojąc się, że go zgubię, gnałam za nim. Z reguły tę trasę pokonuje się w rakach, ale że przewodnik “biegł” do góry, nawet nie założyłam ich przez cale wejście na szczyt.



trzeci dzień - droga na szczyt


trzeci dzień - widoki spod szczytu


trzeci dzień - droga na szczyt

Wreszcie po 4,5 godzinach dotarliśmy na szczyt. Zła na przewodnika, że nie czekał na mnie i nie pomagał na lodowych ścianach, w kiepskiej pogodzie, nawet nie ucieszyłam się bardzo, że weszłam na górę. Zejście okazało się nawet trudniejsze niż wejście, tym bardziej, że Tashi bez przerwy gubił drogę. Mogłam równie dobrze pójść sama, z mapą, złościłam się na siebie, że wybrałam tego przewodnika. Po 9 godzinach byliśmy znowu w obozie i chociaż było dopiero południe padłam ze zmęczenia. Kolejnego dnia wróciliśmy do Leh i dopiero po powrocie zaczęłam się cieszyć z tej góry. O kurcze, weszłam na 6 tysięcy!



na szczycie


czwarty dzień - powrót



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33